Zdać angielski czyli nerwówka przed egzaminem

Zdać angielski czyli nerwówka przed egaminem

Jak odświeżyć sobie język angielski? Ja jakiś czas temu zrobiłam takie postanowienie. I to miało być bardzo konkretne zadanie, takie, po którym będę już prawie jak native speaker. Miałam móc oglądać filmy w oryginale i słuchać wiadomości. To miał być ostatni kurs w moim życiu, po którym zwyczajnie żadnego kursu więcej nie będę już potrzebowała.

Plan był prosty i jak najbardziej realny – rok nauki angielskiego na poziomie zaawansowanym. Przerabiałam już to wszystko lata temu, ale po długiej przerwie związanej z dzieciakami i jednak jakimś zwolnieniem zawodowego rytmu, w głowie zaczęły mi się pojawiać pustki w tych miejscach, w których wcześniej pięknie poukładane były wszystkie potrzebne słówka i konstrukcje. Spanikowałam. Tyle lat nauki i mam to teraz wszystko stracić? No więc decyzja była na serio szybka, bo jak coś jest dla mnie ważne to potrafię działać błyskawicznie i być uparta jak osioł.

Nauczyć się angielskiego, czyli mam zadanie

Na kurs angielskiego chodzę od marca zeszłego roku, czyli w sumie rok. Dodatkowo wzięłam dwa intensywne kursy wakacyjne i od października postanowiłam wziąć się za siebie naprawdę ostro. Ostrzegali, że będzie ciężko, będzie żmudnie i niefajnie. Ale ja, jak nie mam konkretnego zadania do wykonania to nie mam też motywacji. Potrzebuję mieć przed sobą wizję zbliżającego się terminu. Może nawet i lubię, bo wiem, że wysiłek kiedyś się skończy, a ja muszę się porządnie spiąć. Dobrze działam w takim projektowym schemacie. Dostałam się więc w końcu na kurs egzaminacyjny, co było małym sukcesem samym w sobie. Będzie jeszcze większa motywacja. Ale zaczęły się też schody….

Tyle czasu, no to luz

Pierwsze kilka miesięcy były luźne – jeszcze tyyyle czasu. Stwierdziłam, że może przesadziłam z tym egzaminem, że nie muszę wcale go zdawać, bo i tak już jestem na plus. No bo w gruncie rzeczy chodziło o to, żeby podciągnąć się z angielskiego i nie stracić tego, w co tyle już zainwestowałam, a nie żeby zdać egzamin, który miał być tylko dodatkową motywacją, żebym przypadkiem nie zboczyła z kursu. Ale kiedy w marcu zdałam od niechcenia próbny test i w końcu, w ostatnim możliwym dniu zapisałam się na ten właściwy egzamin… to się zaczęła jazda. Poczułam presję. Bo głupio tak nie zdać… Bo szkoda kasy. Bo jak już się zapisałam to fajnie byłoby to zdobyć.

Aaaaa, a co jak nie zdam?

Typowy mechanizm i tak to miało rzeczywiście zadziałać 😉 Mam stres, więc koncentruję się na celu, czyli egzaminie, który tak naprawdę nie jest celem samym w sobie, ale narzędziem. Gdyby nie ten termin, w którym muszę się stawić i coś sobą zaprezentować, pewnie dalej traktowałabym naukę angielskiego jak przyjemność, dzięki której mogę wyjść z domu. Coś na kształt wyjściówki do kina czy na pogaduchy.

Ale do rzeczy, bo przy tej całej naukowej okazji chciałam się z Tobą podzielić kilkoma ważnymi refleksjami. Przez rok miałam niezłą szkołę związaną z:

  • zarządzaniem czasem
  • zarządzaniem projektem
  • technikami przyswajania wiedzy.

Zarządzanie projektem

Mój projekt to „Odświeżyć angielski”. Co prawda brzmi to dość lakonicznie, więc nadałam mu konkretne ramy czasowo – oczekiwaniowe. Osadziłam go w czasie, czyli marzec 2017 – czerwiec 2018, żeby nie rozlazł się jak galaretka z kiwi. Efektem miała być zaawansowana zdolność posługiwania się językiem. Zapisałam się na kurs do szkoły i siłą rzeczy projekt został podzielony na etapy, czyli kilka kolejnych kursów plus test kwalifikujący na poziom egzaminacyjny.

Gdyby nie te etapy, tak zwane kamienie milowe, trudno byłoby określić, czy robię jakiś postęp. Ważne też było to,  w jakim miejscu aktualnie jestem, jaki poziom języka reprezentują, zaczynając zadanie. Na każdym etapie znajdowały się elementy sprawdzające postęp, czyli testy. Musiałam więc włożyć w to więcej wysiłku niż gdybym tylko kilka razy w tygodniu wychodziła na lekcje. To bardzo ważne, żeby na każdym etapie móc określić poziom zaawansowania pracy. Wtedy wiemy, czy wszystko idzie zgodnie z planem czy trzeba coś zweryfikować. Tu nikt nie wystawiał mi ocen, ale sama wiedziałam, gdzie jestem i co jeszcze muszę poprawić.

Podsumowując, jeśli Ty chcesz coś osiągnąć to:

  • określ co to ma być, jakiego efektu oczekujesz – opisz to najdokładniej, im bardziej konkretnie tym lepiej
  • zbadaj gdzie jesteś teraz
  • określ, co musisz po kolei zrobić, żeby osiągnąć cel
  • podziel cały projekt na odcinki, osadź je w czasie i określ, jaki efekt cząstkowy chcesz osiągnąć po konkretnym etapie

I uwaga! Bardzo ważne.

Zwykle dajemy sobie za mało czasu i przeceniamy swoje możliwość albo nie bierzemy pod uwagę dodatkowych trudności, jakie się pojawią. Weź pod uwagę, że w trakcie realizacji może się zdarzyć, że albo będziesz musiała dać z siebie 30% więcej niż planowałaś, albo więcej za coś zapłacić, albo zmienić coś w swoich priorytetach, albo przesuniesz deadline, albo coś się zawali. 🙂 Samo życie 🙂

Im więcej negatywnych scenariuszy weźmiesz pod uwagę, tym lepiej będziesz się mogła przygotować. Wyeliminować je. Im bardziej będziesz świadoma, że coś pójdzie nie tak, tym łatwiej pod względem psychologicznym będzie Ci to znieść. Im bardziej realnie podejdziesz do swoich możliwości, uwzględnisz konieczność odpoczynku, rozłożysz siły, tym lepiej.

Zarządzanie czasem

Zarządzanie czasem jest oczywiście bardzo ściśle związane z projektem – jest coś do zrobienia i to w określonym czasie. Oszacowałaś już, ile czasu potrzebujesz na poszczególne etapy. Teoretycznie, jeśli się bardziej sprężymy tym szybciej coś zrobimy. No proste. O ile po drodze się nie wysypiemy, bo za dużo sobie włożyliśmy na głowę…

Pomyśl, ile masz realnego czasu na realizację swojego projektu? Godzinę w tygodniu? Pięć godzin? Zapytaj specjalistów albo kogoś, kto podobną drogę już przeszedł, ile potrzebujesz, żeby osiągnąć zamierzony cel. Może warto duży projekt rozłożyć jeszcze bardziej w czasie i nie eksploatując się nadmiernie, osiągać mniej, ale skuteczniej. Dążyć powoli, ale do celu, bo nie wykończysz się zaraz po pierwszym tygodniu.

Moim zdaniem na pewno tak jest lepiej – kropla drąży skałę.

Lepiej jest robić po trochu, ale przesuwać się do przodu niż zaplanować jednorazową akcję (uczenie się noc przed egzaminem) i zawalić całość. Zaplanuj 60% dostępnego czasu, resztę zachowaj na awaryjne niespodzianki.

Prokrastynacja

Prokrastynacja, czyli odkładanie na potem – kto z nas tego nie robi? Właśnie dlatego zwieńczeniem mojego projektu jest egzamin, żebym utrudniła sobie odkładanie na później. Psychologowie mówią, że prokrastynacja wiąże się z tym, że chronimy w ten sposób nasze ego. „Miałam tak mało czasu a mimo to zdałam” albo „Nie mogłam zdać, bo było za mało czasu”. Takie wytłumaczenie daje Ci spokój ducha. A ja już wiem, że ten spokój później odbija mi się czkawką 🙂

Techniki efektywnej nauki

W szkole podstawowej i średniej nie znałam żadnych technik uczenia się. Po prostu – albo musiałam zrozumieć, albo wykuć na pamięć. Zwykle wszystko robiłam na ostatnią chwilę. Szkoła, pod względem nauki, to dla mnie całkiem spory stres. Do dziś w koszmarach śni mi się geografia 😉

W związku z powyższym, mądra po szkodzie, szybko zaczęłam wprowadzać to, czego nauczyłam się później – efektywnego uczenia się. Nie są to jakieś wielkie odkrycia. Ale dla mnie i moich dzieciaków na pewno pomocne, więc jeśli do tej pory nie korzystałaś z nich, zachęcam do wypróbowania:

  • mniej znaczy więcej – częste i systematyczne powtórki są lepsze niż jednorazowy maraton
  • mózg nie cierpi nudy – im bardziej zwariowane metody ułatwiające zapamiętanie, tym lepiej (ciągi historyjek obrazkowych, szalone skojarzenia)
  • ucz się wszystkimi zmysłami, uwzględniając dominujący (ja jestem wzrokowcem, więc dopiero kiedy zobaczę, a jeszcze lepiej połączę to ze słuchem i mową, jestem w stanie aktywnie coś przyswoić
  • powtarzaj świadomie – dopiero powtórzenia dają gwarancję, że coś zapadnie w pamięć, a potem uda się szybko potrzebną informację wydobyć (poprzez odpowiednie skojarzenie)
  • dbaj o wypoczynek, zdrowe odżywianie, pij wodę, śpij i ćwicz ciało i mózg 😉
  • skoncentruj się – daj sobie na początek 5 minut porządnego skupienia
  • usuń to, co przeszkadza – telefon, papiery, cokolwiek, co nie pozwala Ci się skoncentrować.

I tak mój pomysł pod tytułem „odświeżyć sobie angielski, żeby całkiem nie zarósł” w wielkim skrócie wygląda. Po tylu latach nie jest łatwo wrócić do nauki. Tym bardziej uważam, że warto gimnastykować mózg w każdym wieku, nawet jak się jest już ładnie po czterdziestce. Co to za piękny wiek. Druga młodość!!! 😉

Egzamin już niedługo, trzymaj za mnie kciuki!!! Mam nadzieję, że dam radę, a jak nie to… i tak jest już dobrze.

A Ty jakie masz patenty? Komentuj, pisz na mamafit@mamafit.pl. Zapraszam też do newslettera 🙂

Podobało się? Podziel się artykułem z innymi 🙂

Miłego dnia, Hania 🙂

P.S. Foto z pixabay

Tagi : ,
mamafit

Hania, nadaktywna mama dwójki, fitnesska, humanistka. Na blogu piszę o zdrowiu, aktywności, rozwoju, relacjach i o tym, jak łapać życie garściami, cieszyć się dziećmi i jednocześnie rozwijać pasje. Tak, można :) Rozgość się :)

Przeczytaj również