Po co nam marzenia?

Po co nam marzenia?

Dziś będzie bardzo od serca. Tyle rzeczy się we mnie nagromadziło, tyloma chciałam się z Wami podzielić. O tym, dlaczego warto mieć marzenia i dlaczego warto za nimi iść.

Mimo że nie zawsze jest łatwo. Mimo że jesteś odpowiedzialny za innych i to jest ważniejsze niż marzenia. Mimo że są przeszkody, fizyczne bariery. I mimo że nie wierzysz, bo inni nie wierzą.

Dzisiaj myślę, że zatoczyłam koło. Zamknęłam coś, do czego dążyłam. Weszłam tam, gdzie wydawało mi się, że nigdy nie wejdę. I dziś z tej perspektywy mówię: nie ma takiej drogi, której nie udałoby Ci się przejść, jeśli wiesz, dokąd zmierzasz. Znajdziesz czas, sposoby, pomocną dłoń, która w trudnych chwilach powie – idź dalej. Nawet kiedy się wrócisz, bo pomyślisz, że to jednak nie dla Ciebie, że nie dasz rady, że jest za trudno. Dobrze. Poczekaj chwilę. I dalej idź, bo wiesz dokąd idziesz.

Czasem różne głosy będą mówiły Ci „Niee, to nie ta droga, to nie ten cel”, „Zobacz, inni wchodzą na zupełnie inną górę. Tam na pewno jest szczęście, inaczej nie szliby tam”. Myślisz „Rzeczywiście, to i ja tam pójdę”. Wdrapujesz się. Osiagasz szczyt. I ze smutkiem stwierdzasz, że te skarby, ten widok, ta przestrzeń… to przecierz nie do tego zmierzasz.

Dobrze. I takie „złe” szczyty są potrzebne. Dalej idź. Nie poddawaj się. Słuchaj serca. Opracowuj najlepsze sposoby dotarcia. Nikt nie powiedział, że do celu wiedzie autostrada. Możesz iść przez górskie ścieżki, gdzie spod nóg będą osuwać się kamienie, możesz płynąć tratwą, którą sam zbudujesz, możesz czekać, wątpić i dalej próbować.

Zajęło mi to… 15 lat. Długo. A może tyle ile trzeba? Po drodze zaglądałam w inne ważne dla mnie miejsca, zatrzymywałam się w nich tyle czasu, ile było trzeba. Wiedziałam, że nie da się jednocześnie być tam gdzie chcę i tam, gdzie potrzebują mnie inni. Dzięki nim moja droga kręciła się na nowo, czasem miała boczne ścieżki. Na każdej znalazłam kolejną wskazówkę. Każda dawała mi coś, co dziś noszę w sercu i w głowie, dzięki czemu nie byłabym tym, kim jestem i nie doszłabym tam, gdzie chciałam dotrzeć.

Dziś dziękuję. Za te wszystkie choroby, nieprzespane noce, smutki i radości, kłótnie, przepychanki, zwątpienia. Za wypadki, które uświadomiły mi, durnej, co jest tak naprawdę ważne. Za to, że są. Że ja jestem. I że mogę się jeszcze na coś przydać 🙂

Fot. klausdie; Pixabay.com – Góra Matterhorn, Szwajcaria

mamafit

Hania, nadaktywna mama dwójki, fitnesska, humanistka. Na blogu piszę o zdrowiu, aktywności, rozwoju, relacjach i o tym, jak łapać życie garściami, cieszyć się dziećmi i jednocześnie rozwijać pasje. Tak, można :) Rozgość się :)

Przeczytaj również