Macierzyństwo – najtrudniejszy „projekt”

Macierzyństwo

Macierzyństwo jest trudne. Wymaga. Czasem trochę krępuje. Jest też niezwykłe, wspaniałe. Ale bywają chwile, w których jest ciężko. „Projekt” brzmi jak korporacyjne „forward”. Ale dziś, kiedy nasze życie często bywa podzielone na etapy i na projekty właśnie, bywa, że tak właśnie do macierzyństwa/ tacierzyństwa podchodzimy. Ja sama nie wiedziałam, co mnie czeka. Macierzyństwo to coś, na co trudno się tak dobrze, od początku do końca, przygotować. Zaplanować. I dlatego to nie jest „projekt”, ale ważne, trwające długo, odpowiedzialne zadanie. 

Macierzyństwo – nie bajka

Szykowałam się na wyjazd od tygodnia, właściwie mentalnie to od trzech. Przygotowania obejmowały nowy podział obowiązków, właściwe nastawienie psychiczne dzieci, odpowiednie ułożenie zajęć u Taty. Chuchałam na Młodą, żeby nie rozhuśtała swojego przeziębienia, bo wtedy wyjazd mogłabym sobie wiadomo  gdzie wsadzić (ostatni raz dwa lata temu wracałam szybciej, bo Mała złapała jelitówkę). Tym razem byłam bezlitosna do tego stopnia, że nawet uruchomiłam czosnek z miodem i cytryną. Wykrzywiała się, jęczała, przygotowywała do otworzenia ust pięć minut, ale moja mina mówiła jedno: „Nie podaruję”.

Macierzyństwo – mój najtrudniejszy „projekt” życia.

Po tygodniu katar pięknie zszedł, kaszel się nie rozwinął, a Młoda w skowronkach wróciła do szkoły. Wow, jest postęp. Pierwszy raz taki sukces! W piątek to mnie dopadło przeziębienie, no ale to pestka. W sobotę poprowadziłam imprezę, w niedzielę zapowiedziałam, że leżę i robię dokładnie nic. Czasem i mnie się należy

Macierzyństwo ma  niewątpliwe plusy 🙂

Mama ma wyjazd

Niedziela jak niedziela – obiad, jakaś bajka, lekcje. Po południu zaczęłam pakowanie, a Młoda, znudzona tym całodziennym siedzeniem, zapragnęła wyjść na dwór. Słusznie. Pogoda słoneczna, trochę wieje.

– Tylko nie biegajcie za bardzo, żeby się nie spociła, bo ja  nie mam zamiaru przyjeżdżać jak się rozchoruje!
– Yhmm

Idą, mogę spokojnie zastanowić się nad niezbędnym wyposażeniem na wyjazd. 4 dni, pogoda ładna, dobrze. Po godzinie wparowują, zziajani, radośni. Młoda cała spocona.

– Do mycia od razu!
– Przebiegłam cały kilometr!
– Yhmm, do mycia leć.

Dalej bez przeszkód,  mycie, kolacja, dobranocka, wieczorne czytanie bajek przez Tatę. Ja gotowa. O czwartej wstaję, trzeba iść wcześniej spać, czas na ostatnie przytulenie i kolejny dzień z głowy.

Macierzyństwo pozwala docenić to, co naprawdę ważne.

Na dziś koniec

– No, dobranoc Myszko, przytulę cię i śpimy… – wtulam się w Małą jak w przytulankę. Jest taka cieplutka i miła. – Co ty taka gorąca jesteś?!

Wkładam jej termometr. 38 stopni.

– No pięknie!

Czar prysł. Zawsze można na nich liczyć! Jakby nie mogli spokojnie nazbierać worka kasztanów, musieli biegać wkoło boiska jak nienormalni! Noż kurde!

– Jedź – ze zmartwioną miną mówi Tata – ja wezmę urlop na żądanie. Tylko wtorek nie mogę, zadzwonię do Cioci.

24:00
No dobra. Dzieciaki śpią. Północ. Mam 4 godziny snu.

Macierzyństwo to notoryczny niedobór snu.

Jesteś mamą? Wybieraj

4:00
Wstaję. Kawa, kanapki, może wezmę sobie trochę sera na kolację. Idę zobaczyć jak Młoda.

– A co ty, nie śpisz? – leżała, wlepiając w sufit wielkie ślepia
– Obudziłam się, napiłam się wody i już nie mogłam zasnąć…
– Daj, zmierzymy temperaturę

38,2… No kurde. Kurde! Już ją widzę, jak się męczy w tej gorączce. Tatę, który staje na rzęsach, żeby wszystko pogodzić. Mnie, jak się martwię. Zostanę. To nic, że taka okazja. Takie fajne szkolenie. Że wszystko zorganizowane.

Macierzyństwo – sztuka wyboru.

Macierzyństwo bez babci – no to sobie radź

Jest coś takiego w sytuacjach awaryjnych, jak Instytucja Babci. U nas nie działa, a już zwłaszcza na zawołanie i na wczoraj. Tzw. Ciocia to dawna niania, czasem pytamy ją o możliwość zostania z dziećmi, ale każdy już ma poorganizowane swoje życie, każdy ma jakieś zadania. Ja też. Czasami próbuję coś więcej, coś dla siebie, coś co sprawia mi ogromną frajdę, coś, dzięki czemu czuję, że się rozwijam – takie kilkudniowe szkolenie. Niby nic, luzik… Moja wysiadka z tej dobrze zorganizowanej machiny powoduje jednak znaczne zmiany. Tylko jedno ogniwo wypada, a tyle zamieszania!

Mała śpi. Niech zdrowieje. Pojadę, jak będzie lepiej.

Macierzyństwo = sens.

mamafit

Hania, nadaktywna mama dwójki, fitnesska, humanistka. Na blogu piszę o zdrowiu, aktywności, rozwoju, relacjach i o tym, jak łapać życie garściami, cieszyć się dziećmi i jednocześnie rozwijać pasje. Tak, można :) Rozgość się :)

Przeczytaj również
  • magda

    podróżowanie to jedno z przyjemniejszych czynności jakie znam:) pozdrawiam i życzę wielu wędrówek z prądem i pod prąd:)

    • MamaFit

      Magda, dziękuję. Mam nadzieję, że jak najszybciej się uda. 🙂

  • My mamy już tak mamy. Jesteśmy w stanie zrezygnować niemal ze wszystkiego dla naszych pociech. Można z tym walczyć, iść pod prąd, ale instynktu macierzyńskiego nie oszukamy. Zdrowia dla córki! 🙂

    • MamaFit

      Dziękuję 🙂 Młoda spała do południa, a potem była cała rześka i zadowolona z życia, bez gorączki… Zaczynam podejrzewać, że rozchorowała się z powodu mojego wyjazdu. :/ Muszę częściej się gdzieś wybierać, żeby ją emocjonalnie uodparniać. 🙂 I masz rację, że instynkt to coś z czym trudno walczyć. W miarę jak dzieciaki rosną coraz łatwiej, ale mimo wszystko…